Bo w tej Bratysławie to nic nie ma! ;)

Wiecie, co kiedyś w nerwach powiedziałam do Tomasza? Że wyjazdu do Bratysławy mogłoby jak dla mnie równie dobrze nie być. I naprawdę tak myślałam w tamtym momencie. Że jadę do smutnego, szarego i brzydkiego postkomunistycznego miasta. Że po sam horyzont widać bloki z wielkiej płyty, a kraj jest zacofany. No właśnie – Słowacja czy Słowenia? Nawet tego nie byłam pewna bez pomocy internetu. Wiem, że moja wiedza geograficzna jest żenująca, ale pokazuje też doskonale, że aż do tego wyjazdu Bratysława była miastem, które w mojej świadomości praktycznie nie istniało.

Nawet w dzień wyjazdu ciężko było mi wykrzesać z siebie entuzjazm. Wysiedliśmy na niewielkim, pustawym lotnisku. Z zamkniętego stoiska informacji turystycznej wzięliśmy sobie mapę i jakieś ulotki. Wyszliśmy przed terminal i okazało się, że bilet komunikacji miejskiej trzeba kupić w antycznej maszynie przyjmującej tylko monety. Drobnych wystarczyło nam tylko na jeden, więc drugie z nas musiało pojechać na gapę – i nie był to ostatni raz. Tak więc jeśli nie lubicie życia na krawędzi, to zaopatrzcie się w dużo monet. Albo odnajdźcie legendarny automat przy hali przylotów, w którym podobno można płacić kartą 🙂

Wsiedliśmy w autobus numer 96, który miał nas zawieźć do naszego Hotelu Bratislava. Zaczęliśmy jechać i gdyby ktoś powiedział mi, że jestem nadal w Polsce, to uwierzyłabym bez mrugnięcia okiem. Mijane przez nas przedmieście mogło równie dobrze być przedmieściem Kielc czy Warszawy. Nigdy nie byłam w miejscu tak przypominającym Polskę! A potem w mojej głowie zaczęła dziać się magia. Niewyjaśniona miłość od pierwszego wejrzenia! Z każdym przejechanym metrem coraz bardziej czułam, że jestem we właściwym miejscu. Zaczynałam czuć dobrą energię tego miejsca i jakąś dosłownie chemię, pomiędzy mną, a tą młodziutką (zaledwie 24-letnią) stolicą. Wiem, że brzmię jak wariatka, ale tak właśnie było, true story!

W tym samym autobusie od razu polubiłam też Słowaków. Na początku dziwnie patrzyłam na Tomasza, próbującego zapytać kierowcę po polsku, gdzie właściwie powinniśmy wysiąść. Jakoś się niby dogadali, ale ja nadal byłam przekonana, że łatwiej byłoby nam się posługiwać angielskim. Do momentu, kiedy podszedł do mnie sam z siebie młody Słowak i powiedział, że słyszał naszą rozmowę z kierowcą i w razie czego on też nam pokaże, który to nasz przystanek. On po słowacku, ja polsku i powiem Wam, że świetnie się dogadaliśmy. Zauważyłam, że nasza narodowość i język wzbudzają na Słowacji ogromną sympatię. Nie pozostało mi więc nic innego, jak wszystkie piwa zamawiać po polsku;) A słowacki zasługuje na nieco więcej uwagi w którymś z kolejnych postów; zdradzę tylko, że na chwilę obecną to chyba mój ulubiony obcy język. Wybacz, drogi angielski!

Młodość to było potem jedno z kluczowych słów w moim postrzeganiu Bratysławy. Dopiero w roku 1993 nastąpił pokojowy podział Czechosłowacji i od tamtego czasu możemy mówić o Słowacji w jej obecnym kształcie. Przez mnogość podobieństw szybko pomyślałam sobie, że to młodsza siostra naszego kraju, który jako III Rzeczpospolita narodził się też całkiem niedawno – w 1989 roku. Oba nasze kraje dorastają razem i próbują pokazać światu, jakie naprawdę są. A może i coś udowodnić? Bo obawiam się, że pewne kompleksy to też jest coś, co łączy Polskę i Słowację.

To, co na pewno pozytywnie rzuca się w oczy w Bratysławie, to powiew świeżości i kreatywności. W czystym i uporządkowanym mieście, wśród zadbanych budynków, spotkamy nie tylko ciekawe murale, ale i zabawne rzeźby. Jednym z przykładów może być słynny żartobliwy pomnik ,,człowieka pracującego”, który podobno nic konkretnego nie oznacza. Powstał w 1997, aby z powrotem przyciągnąć ludzi do centrum i to się chyba udało, bo jest zdecydowanie najczęściej fotografowanym obiektem na starym mieście.

W tym samym roku w jednej z pobliskich uliczek powstał naturalnej wielkości zabawny pomnik Ignáca Lamára (zwanego też pięknym Ignasiem), który tym razem upamiętnia rzeczywistą barwną postać – mężczyznę, którego co prawda podejrzewano o zaburzenia psychiczne, ale ze swoim frakiem i cylindrem zapisał się w pamięci mieszkańców Bratysławy. A może raczej mieszkanek – słynął ponoć z rozdawania kobietom kwiatów i pozdrawiania ich nieśmiertelnym ,,całuję rączki”.

Nieopodal mamy też pochylonego nad ławką Napoleońskiego żołnierza-snajpera. I o nim znam co najmniej dwie historie. Pierwsza brzmi tak, że rzeźba to prezent od Napoleona – zadośćuczynienie za zniszczenia dokonane w Bratysławie przez jego wojska. Tu obok ataku na miasto pojawia się wątek ogromnej imprezy urodzinowej cesarza. Party hard, Napoleon w Bratysławie edition. Druga historia mówi, że żołnierz zakochał się w mieszkance Bratysławy i tak już biedny został. Obie są… nieprawdziwe, bo pomnik także powstał w 1997 roku, w ramach rewitalizacji starego miasta i czynienia go bardziej atrakcyjnym dla pieszych. Ale świadczą też o ogromnym poczuciu humoru i umiejętności śmiania się z samych siebie, z którymi już zawsze będą mi się kojarzyć Słowacy.

Dowody na kreatywność Słowaków odnalazłam nawet w naszym hotelu, urządzonym trochę w loftowym stylu, z zabawnymi elementami. Był taki trochę wiecie, jak to się teraz mówi, designerski. Na podłodze przy recepcji rozrysowana była gra w klasy, do wejścia po schodach zachęcała nas grafika z angielskim napisem, że nie ma windy do sukcesu, trzeba iść pieszo. Pełne żartów były też hotelowe ulotki. Zdjęcia wnętrz umieszczałam na bieżąco na swoim Instagramie, gdzie serdecznie Was zapraszam. Unikalne materiały zamieszczam też na facebooku – na przykład film z bratysławskiej starówki. A o hotelu na pewno jeszcze coś napiszę, bo sobie na to zasłużył 🙂

Z drugiej strony momentami miałam nieodparte wrażenie, że mieszkańcy starają się… aż za bardzo. Chcą udowodnić, że są nowoczesnym krajem; że nie są gorsi od swoich zachodnich sąsiadów; że mają demokratyczne i liberalne poglądy; że warto do nich przyjechać; że są po prostu fajni. Ale ja to już wiedziałam! Momentami przyjmowało to wszystko absurdalną postać, na przykład w momencie kiedy na lotnisku autobus przewiózł nas dosłownie 20 metrów od samolotu pod drzwi hali przylotów. Dłużej wsiadaliśmy niż jechaliśmy, do dziś nie wierzę w to, co się tam odjaniepawliło. No ale przecież tak trzeba, turystów dobrze potraktować! Niech wiedzą, że są w cywilizowanym kraju!

Właściwie to nie powinnam się dziwić Słowakom, prawda? Sama trwałam w błędnym przekonaniu na ich temat i powielałam w myślach wzięty nie wiem skąd stereotyp. Poza tym, czy w Polsce nie postępujemy przypadkiem podobnie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *