Ruch drogowy i transport na Malcie – część I.

Malta to maleńkie państwo-miasto o powierzchni zaledwie 316 kilometrów kwadratowych, podczas gdy Warszawa ma ich 517. Wyobrażałam sobie więc, że wszędzie będzie blisko, a transport będzie bezproblemowy. Czy faktycznie tak było? Jakich czynników nie wzięłam pod uwagę?

Po pierwsze, kompletnie nie spodziewałam się ogromnej ilości samochodów na Malcie. Miałam wrażenie, że każdy ma tam auto. Po półtorej godziny czekania na autobus w szczerym polu w Marsaxlokk (wym. Marsaszlok) zaczęłam jednak ten stan rzeczy doskonale rozumieć.

Swoją drogą, jestem wdzięczna Maltańczykom, że ani nie pękali ze śmiechu, ani nie wkurzali się, gdy z Tomaszem dzielnie walczyliśmy z wymową podobnych nazw. Pewnie się biedni już przyzwyczaili.

Samochody były w większości malutkie – bardzo popularnym modelem był Smart i Toyota Aygo. Nawet dostawczaki były w wersjach mini (i często też w wersji retro, podobnie zresztą jak samochody osobowe). Mimo to znalezienie miejsca do parkowania graniczyłoby z cudem, a samo zaparkowanie byłoby wyczynem nawet dla Tomasza – sam to przyznał. Maltańczycy i Maltanki parkowali oczywiście bardzo sprawnie, za pierwszym razem i to na miejscu, na które ja pewnie spojrzałabym tylko i pomyślała – no przecież się nie zmieszczę.

Jeśli chodzi o parkowanie w stolicy – Vallettcie, to oprócz bardzo ciasnych uliczek dodatkowym utrudnieniem są ogromne wzniesienia i spadki terenu na bardzo krótkich odcinkach.

Poza tym, jak widać, uliczki są dość wąskie, co jest zrozumiałe w sytuacji mocno ograniczonego miejsca na wyspie oraz dość starej zabudowy. Nie oznacza to jednak, że nie stwarza to problemów. Byliśmy świadkami tego, że większe samochody miały problem nawet z zakręcaniem.

Sieć ulic to gęsta kratka, zakręty są zwykle pod kątem 90 stopni, a ulica bywa z obu stron zastawiona zaparkowanymi autami. Nikt raczej nie zastanawia się, czy nie stanął akurat praktycznie na skrzyżowaniu i czy nie przeszkadza oraz nie zasłania widoczności. Zapewne z powodu charakterystyki miejskiego ruchu drogowego na Malcie, kierowcy jeżdżą na szczęście dość powoli.

O pozostawieniu 1,5 metra miejsca dla pieszych tam pewnie nie słyszano, bo mało który chodnik tyle ma. Urodą i dobrym stanem chodniki zresztą też nie grzeszą. Ze względu na ograniczone miejsce, na wyspie bardzo powszechnym typem zabudowy jest taki, jak na zdjęciu poniżej – szeregowe budynki z wyjściem prosto na ulicę.

Jest także stosunkowo niewiele przejść dla pieszych, ale przechodzenie przez ulicę w nieoznaczonym miejscu nie jest chyba postrzegane jako coś złego. A jeśli już przechodziłam przez oznaczone przejście, to chyba nie zdarzyło się, żeby jadący kierowcy mnie nie przepuścili.

Czego jeszcze jest niewiele? Pionowych znaków drogowych i skrzyżowań z sygnalizacją świetlną.

Mimo pozornego braku miejsca na cokolwiek więcej, Malta się rozbudowuje – w górę. Widzieliśmy bardzo dużo dźwigów i to często w takich miejscach, że kompletnie nie wiadomo, jak je tam umieszczono.

Poza tym ruchem na Malcie kieruje chyba zasada – jeśli tylko się zmieszczę, to jadę. Oraz uwielbienie do stania w niewiarygodnie małych odległościach od ścian.

Łatwo też zauważyć, że bardzo dużo aut jest białych. Być może lepiej sprawdzają się latem, w upalnej pogodzie?

A jeśli już mówimy o pogodzie, to spędzając na Malcie zaledwie 3 pełne dni pod koniec stycznia, czułam się, jakbym codziennie przeżywała inną porę roku. Według prognozy pogody sprawdzonej przed wyjazdem, codziennie mogłam liczyć na stabilne 14-15 stopni oraz słoneczną aurę bez opadów.

Pierwszego dnia faktycznie tak było i z radością założyłam okulary przeciwsłoneczne, wiosenną kurtkę i trampki. Kolejnego dnia już przed południem zaczął padać drobny deszczyk, który po kilku godzinach przekształcił się w wielką ulewę. Marzłam w zimowej kurtce. Nie byliśmy w stanie niczego już zwiedzać i postanowiliśmy wrócić do Sliemy, gdzie znajdował się nasz hotel. Tam czekała nas kolejna niemiła niespodzianka – okazało się, że są na Malcie miejsca, gdzie nie ma kanalizacji deszczowej, a ulicami płyną potoki wody sięgające po kostki.

I o ile już przy dobrych warunkach zauważyłam niechęć maltańskich kierowców choćby do używania kierunkowskazów, to w deszczu – przy ograniczonej widoczności i zwiększonej śliskości – miałam wrażenie, że zapanował jeszcze większy chaos. Chaos to właściwie dobre słowo na określenie interakcji zachodzących na drogach wyspy, ale najwyraźniej w tym szaleństwie jest metoda. Jednak my nie byliśmy gotowi na włączenie się w to jako kierowcy.

Trzeci dzień przyniósł nam z kolei temperaturę powyżej 20 stopni i piękne słońce. Taki dzień mogłabym chyba cały spędzić patrząc na morze…:) I tak właściwie właśnie tak zrobiłam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *