Użupio – kraina jednorożców – Wilno cz. I.

Nasz wyjazd do Wilna zaczął się pechowo, jak żaden z poprzednich. I następnych. I oby już nigdy. Wybraliśmy się do Warszawy dzień wcześniej po południu, bo wystartować z Lotniska Chopina mieliśmy o 7 rano. W stolicy praktycznie zawsze śpimy w tym samym hotelu, więc mamy już w okolicy ulubionego Chińczyka od makaronu z krewetkami i drugiego od zupy pho – tam planowaliśmy zjeść kolację i z radością czekałam na nią i na spokojny wieczór w hotelowym pokoju. A takiego! Na dobry początek jakieś półtorej godziny czekaliśmy na spóźniający się autobus. Neobus, shame on you! Ładnie to tak, jak nie można się do Was dodzwonić albo podajecie na infolinii informacje rodem z 4 liter? A potem kierowca pędzi, jak szalony, bo pewnie jest już spóźniony na kolejny kurs i bijemy rekord czasu dojazdu do Warszawy i liczby przerażonych pasażerów?

Czytaj dalej Użupio – kraina jednorożców – Wilno cz. I.

Rzucam na stół znowu setkę, tak jak Monte Carlo – Monako cz. II.

Podróże kształcą. Można na przykład na własnej skórze się przekonać, o co chodzi we fragmencie tej piosenki (Bob One x Bas Tajpan – Jakby już nie miało być jutra), który postanowiłam wykorzystać jako tytuł.  Alternatywny brzmiałby: jak zostałam hazardzistką? Otóż, zostałam nią oczywiście w Monte Carlo – dzielnicy Monako słynącej z wyścigów Formuły 1 oraz kasyn. Ale ja i kasyno?! Jestem (byłam?) tak zagorzałą przeciwniczką hazardu pod każdą postacią, że przez ponad 26 lat mojego życia moja noga ani razu nie przestąpiła progu takiego miejsca. I nie sądziłam, że się to zmieni w Monako. Przecież tamtejsze kasyna można sobie obejrzeć z zewnątrz, po co grać? A w moich trampkach z Myszką Miki i tak mnie nie wpuszczą, prawda?

Czytaj dalej Rzucam na stół znowu setkę, tak jak Monte Carlo – Monako cz. II.

Takie nie wiadomo co… – Monako cz. I.

Od dawna marzyłam o odwiedzeniu Monako. Ale to było takie marzenie, do którego miałam ambiwalentny (zawsze chciałam użyć tego słowa!) stosunek. Z jednej strony, Monako jest owiane aurą takiego je-ne-sais-quoi (=nie wiem czego, to wyrażenie też zawsze chciałam wykorzystać!). No wiecie, że niby panuje tam wszechobecny luksus, a całe księstwo jest niedostępne, tajemnicze i ekskluzywne – po prostu nie wydawało się miejscem dla kogoś takiego, jak ja. Wyobrażałam sobie, że życie tam wygląda mniej więcej tak, jak to, co udało nam się uchwycić na zdjęciach poniżej – Prada, Lamborghini, piękni ludzie, luksusowe hotele i ich umundurowani parkingowi.

Czytaj dalej Takie nie wiadomo co… – Monako cz. I.

Stan wyjątkowy – Nicea cz. II.

Nicejska Promenada Anglików, szczególnie oglądana wieczorem, jest tak niewiarygodnie piękna, że momentami ciężko było mi uwierzyć, że jestem tam naprawdę. A podobno im więcej się podróżuje, tym mniej się docenia kolejne miejsca. Nieprawda! W Nicei beztrosko unosiłam się nad deptakiem, napędzana endorfinami, jednak nad tym miastem nadal wisi coś, co momentami bardzo boleśnie sprowadzało mnie na ziemię. Ale zanim napiszę o tym więcej, proponuję, abyśmy w miarę możliwości chronologicznie kontynuowali zwiedzanie 😉

Czytaj dalej Stan wyjątkowy – Nicea cz. II.

Nice is nice – Nicea cz. I.

Tytułowe hasło przyprawiło mnie początkowo o malutkie WTF lub jak kto woli – o aleocochodzi, szczególnie, że zobaczyłam je gdzieś w Nicei napisane jednorodną czcionką, typu wiecie #niceisnice. Przeczytałam sobie w głowie coś w stylu: nais is nais – oby moi wykładowcy nigdy tego pseudofonetycznego zapisu nie ujrzeli… Miły jest miły?! To przecież nie ma sensu! Pewnie Wam znacznie lepiej poszło rozszyfrowywanie tego i śmiejecie się ze mnie teraz pod nosem. A śmiejcie się, zasłużyłam sobie na to tym chwilowym zaćmieniem umysłu. Tomasz dodałby pewnie jeszcze: no jaak to, absolwentka filologii angielskiej nie wie?  Wie, wie, tylko nie tak od razu! Po prostu chwilkę mi zajęło przetworzenie w mózgu tej gry słów.

Czytaj dalej Nice is nice – Nicea cz. I.

Miasto, które chciało być Paryżem – Bukareszt cz. III (ostatnia)

No dobra, Ceaușescu chciał. Pamiętacie człowieka z mojego pierwszego wpisu o Rumunii, prawda? Do jego dziwnych ambicji dodamy dziś jeszcze jedną – zrobienie z Bukaresztu Paryża, tylko jeszcze lepszego, niż ten prawdziwy. Może i nie Nicolae zaczął, ale z całą pewnością on to dzieło zamierzał ukończyć – pewnie ktoś mu powiedział, po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę. W ogólnym rozrachunku wyszedł bardziej Radom – no offence, całkiem lubię to miasto, ale żarty o nim i tak mnie śmieszą, szczególnie te o lotnisku. Zapraszam Was więc dziś na zwiedzanie samozwańczego Rado… tfu! Paryża Wschodu. A nuż znajdziemy tam jakieś francuskie perełki?

Czytaj dalej Miasto, które chciało być Paryżem – Bukareszt cz. III (ostatnia)

Mądry Tomasz przed szkodą – Bukareszt cz. II.

Tak, wiem, dzisiaj miał być już pozytywny wpis. Obiecałam Wam to, ale z drugiej strony bardzo chciałabym Wam opowiedzieć historię z morałem o tym, dlaczego wracając z Rumunii wyglądałam tak, jak wyglądałam. Kto nie widział, albo nie pamięta, może zobaczyć mema z moim udziałem TU. Ale dla równowagi – pomyślałam, że pokażę Wam dziś zdjęcia z najfajniejszego miejsca, jakie odwiedziliśmy w Bukareszcie – z Muzeum Wsi. Tak, też wiem, nie brzmi to zbyt ekscytująco, ale mi się naprawdę podobało. Na ogromnym obszarze zgromadzono setki autentycznych budynków, przewiezionych tam z różnych części kraju. Są to nie tylko domy i zabudowania gospodarcze, ale też świątynie, czy… drewniana karuzela. Serio!

Czytaj dalej Mądry Tomasz przed szkodą – Bukareszt cz. II.

Ceaușescu śmierdzi – Bukareszt cz. I.

Bukareszt… Nie byłam nigdy w dziwniejszym, ani smutniejszym mieście. Najchętniej w ogóle bym o nim nie pisała, bo ciężko mi sobie poukładać w głowie przemyślenia na jego temat – są przygnębiające i momentami sprzeczne. Ale spróbujemy! Dziś napiszę o wszystkim tym, co złe, ale obiecuję, że w następnym wpisie spojrzymy na jaśniejszą stronę miasta.

Czytaj dalej Ceaușescu śmierdzi – Bukareszt cz. I.

Trochę już umiemy w Ukrainę – Kijów cz. IV (ost.)

Relację z Ukrainy zaczęłam od środka, więc na końcu chciałabym na troszkę wrócić na sam początek naszej podróży. Logiczne 😉 1 września mieliśmy wylecieć z Lublina. No i może sobie wystawili przed terminal urocze leżaki, na których było miło posiedzieć w tamten jeszcze ciepły dzień i poobserwować startujące samoloty. Może i znaleźliśmy parking za 20 zł za 4 dni (gdyby ktoś potrzebował szczegółów, proszę o wiadomość). Może i nauczona poprzednimi doświadczeniami przemyciłam część kosmetyków w drugiej kosmetyczce, której nawet nie wyjmowałam z torby. A i tak nie obyło się bez pani, która całą resztę kazała mi zapakować w absurdalnie mały woreczek strunowy. Co oni z tym mają w tym Lublinie?!

Czytaj dalej Trochę już umiemy w Ukrainę – Kijów cz. IV (ost.)

Na Ukrainie jest Kijowo! ;) (cz. III)

#mnieśmieszy Tytuł oczywiście. Taki komentarz zamieścił ktoś na yt, pod jednym z filmów Polaka z Ukrainy. Sympatyczny chłopak i dobrze mu życzę. A wracając do tytułu, to i ja i Wy wiemy już, że kijowo nie jest. Ale tak właściwie to Kijowo jest nazwą tak samo nietrafną, jak spolszczony Kijów, bo okazuje się, że… Kijów jest kobietą. I powinna być ta Kijew – dumnie zwana matką rosyjskich miast, starszą chociażby od Moskwy. Ile jeszcze niespodzianek miało dla mnie w zanadrzu to miasto? Mnóstwo!

Czytaj dalej Na Ukrainie jest Kijowo! 😉 (cz. III)