Stan wyjątkowy – Nicea cz. II.

Nicejska Promenada Anglików, szczególnie oglądana wieczorem, jest tak niewiarygodnie piękna, że momentami ciężko było mi uwierzyć, że jestem tam naprawdę. A podobno im więcej się podróżuje, tym mniej się docenia kolejne miejsca. Nieprawda! W Nicei beztrosko unosiłam się nad deptakiem, napędzana endorfinami, jednak nad tym miastem nadal wisi coś, co momentami bardzo boleśnie sprowadzało mnie na ziemię. Ale zanim napiszę o tym więcej, proponuję, abyśmy w miarę możliwości chronologicznie kontynuowali zwiedzanie 😉

Czytaj dalej Stan wyjątkowy – Nicea cz. II.

Nice is nice – Nicea cz. I.

Tytułowe hasło przyprawiło mnie początkowo o malutkie WTF lub jak kto woli – o aleocochodzi, szczególnie, że zobaczyłam je gdzieś w Nicei napisane jednorodną czcionką, typu wiecie #niceisnice. Przeczytałam sobie w głowie coś w stylu: nais is nais – oby moi wykładowcy nigdy tego pseudofonetycznego zapisu nie ujrzeli… Miły jest miły?! To przecież nie ma sensu! Pewnie Wam znacznie lepiej poszło rozszyfrowywanie tego i śmiejecie się ze mnie teraz pod nosem. A śmiejcie się, zasłużyłam sobie na to tym chwilowym zaćmieniem umysłu. Tomasz dodałby pewnie jeszcze: no jaak to, absolwentka filologii angielskiej nie wie?  Wie, wie, tylko nie tak od razu! Po prostu chwilkę mi zajęło przetworzenie w mózgu tej gry słów.

Czytaj dalej Nice is nice – Nicea cz. I.

Miasto, które chciało być Paryżem – Bukareszt cz. III (ostatnia)

No dobra, Ceaușescu chciał. Pamiętacie człowieka z mojego pierwszego wpisu o Rumunii, prawda? Do jego dziwnych ambicji dodamy dziś jeszcze jedną – zrobienie z Bukaresztu Paryża, tylko jeszcze lepszego, niż ten prawdziwy. Może i nie Nicolae zaczął, ale z całą pewnością on to dzieło zamierzał ukończyć – pewnie ktoś mu powiedział, po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę. W ogólnym rozrachunku wyszedł bardziej Radom – no offence, całkiem lubię to miasto, ale żarty o nim i tak mnie śmieszą, szczególnie te o lotnisku. Zapraszam Was więc dziś na zwiedzanie samozwańczego Rado… tfu! Paryża Wschodu. A nuż znajdziemy tam jakieś francuskie perełki?

Czytaj dalej Miasto, które chciało być Paryżem – Bukareszt cz. III (ostatnia)

Mądry Tomasz przed szkodą – Bukareszt cz. II.

Tak, wiem, dzisiaj miał być już pozytywny wpis. Obiecałam Wam to, ale z drugiej strony bardzo chciałabym Wam opowiedzieć historię z morałem o tym, dlaczego wracając z Rumunii wyglądałam tak, jak wyglądałam. Kto nie widział, albo nie pamięta, może zobaczyć mema z moim udziałem TU. Ale dla równowagi – pomyślałam, że pokażę Wam dziś zdjęcia z najfajniejszego miejsca, jakie odwiedziliśmy w Bukareszcie – z Muzeum Wsi. Tak, też wiem, nie brzmi to zbyt ekscytująco, ale mi się naprawdę podobało. Na ogromnym obszarze zgromadzono setki autentycznych budynków, przewiezionych tam z różnych części kraju. Są to nie tylko domy i zabudowania gospodarcze, ale też świątynie, czy… drewniana karuzela. Serio!

Czytaj dalej Mądry Tomasz przed szkodą – Bukareszt cz. II.

Ceaușescu śmierdzi – Bukareszt cz. I.

Bukareszt… Nie byłam nigdy w dziwniejszym, ani smutniejszym mieście. Najchętniej w ogóle bym o nim nie pisała, bo ciężko mi sobie poukładać w głowie przemyślenia na jego temat – są przygnębiające i momentami sprzeczne. Ale spróbujemy! Dziś napiszę o wszystkim tym, co złe, ale obiecuję, że w następnym wpisie spojrzymy na jaśniejszą stronę miasta.

Czytaj dalej Ceaușescu śmierdzi – Bukareszt cz. I.

Trochę już umiemy w Ukrainę – Kijów cz. IV (ost.)

Relację z Ukrainy zaczęłam od środka, więc na końcu chciałabym na troszkę wrócić na sam początek naszej podróży. Logiczne 😉 1 września mieliśmy wylecieć z Lublina. No i może sobie wystawili przed terminal urocze leżaki, na których było miło posiedzieć w tamten jeszcze ciepły dzień i poobserwować startujące samoloty. Może i znaleźliśmy parking za 20 zł za 4 dni (gdyby ktoś potrzebował szczegółów, proszę o wiadomość). Może i nauczona poprzednimi doświadczeniami przemyciłam część kosmetyków w drugiej kosmetyczce, której nawet nie wyjmowałam z torby. A i tak nie obyło się bez pani, która całą resztę kazała mi zapakować w absurdalnie mały woreczek strunowy. Co oni z tym mają w tym Lublinie?!

Czytaj dalej Trochę już umiemy w Ukrainę – Kijów cz. IV (ost.)

Na Ukrainie jest Kijowo! ;) (cz. III)

#mnieśmieszy Tytuł oczywiście. Taki komentarz zamieścił ktoś na yt, pod jednym z filmów Polaka z Ukrainy. Sympatyczny chłopak i dobrze mu życzę. A wracając do tytułu, to i ja i Wy wiemy już, że kijowo nie jest. Ale tak właściwie to Kijowo jest nazwą tak samo nietrafną, jak spolszczony Kijów, bo okazuje się, że… Kijów jest kobietą. I powinna być ta Kijew – dumnie zwana matką rosyjskich miast, starszą chociażby od Moskwy. Ile jeszcze niespodzianek miało dla mnie w zanadrzu to miasto? Mnóstwo!

Czytaj dalej Na Ukrainie jest Kijowo! 😉 (cz. III)

Słonina, chleb ze złota i Putin – Kijów cz. II.

Zwykle omijam stoiska z pamiątkami szerokim łukiem. Nie chce mi się nawet oglądać tego badziewia, które wszędzie wydaje się takie samo – zmienia się tylko nazwa miasta. Ale nie na Ukrainie! Możemy kupić sobie breloczek z zawieszką w kształcie… słoniny. Serio! To się nazywa dystans do siebie, chociaż obraz postawnego faceta w futrzanej czapie, ze słoniną w jednej ręce, a wódką w drugiej przypisałabym raczej Rosjanom. Podobnie jak matrioszki, które w Kijowie można kupić zarówno w wersji tradycyjnej, jak i na przykład z wizerunkiem Hello Kitty. No i to jest już przesada! I piszę Wam to ja, największa wielbicielka Hello Kitty, jaką znacie. Oczywiście wśród tych, które ukończyły 5 lat. A wracając do Ukraińców, to przecież oni nie chcą mieć już nic wspólnego z Rosjanami! Więc o co w tym wszystkim chodzi? Po wizycie w Kijowie stwierdzam, że… status związku: to skomplikowane.

Czytaj dalej Słonina, chleb ze złota i Putin – Kijów cz. II.

Co nam grozi na Ukrainie? – Kijów cz. I.

Porzućmy na chwilę poprawność polityczną i zastanówmy się wspólnie, co mówi się w naszym kraju o Ukrainie. Pomińmy przy tym wszelkie historyczne kwestie i skupmy się na ,,tu i teraz”. Co przychodzi Wam do głowy?

Czytaj dalej Co nam grozi na Ukrainie? – Kijów cz. I.

Hołd dla Prypeci A.D. 2017, czyli ostatnia część czarnobylskich opowieści.

Przyznam się bez bicia, że przed wyjazdem do strefy sądziłam, że Prypeć jest najzwyczajniej w świecie przereklamowana. Wzorcowe miasto, wizytówka Związku Radzieckiego, gdzie ludzie mieli mieć wszystko pod ręką. Sklepy, szkoły, obiekty sportowe, nowoczesne mieszkania – to właśnie miało przekonać najzdolniejszych inżynierów ZSRR do osiedlenia się tam i do pracy w Czarnobylskiej Elektrowni. Obecnie miasto duchów, o liczbie mieszkańców równej 0, podczas gdy przed katastrofą mieszkało tam niemal 50 000 ludzi. Ale czy którakolwiek z tych rzeczy sprawia, że Prypecią należy się wzruszać bardziej, niż licznymi opuszczonymi wioskami?

Czytaj dalej Hołd dla Prypeci A.D. 2017, czyli ostatnia część czarnobylskich opowieści.