Za dużo do zobaczenia! – Liverpool cz. II.

Pierwszego dnia, po wizycie w informacji turystycznej w Albert Dock wytypowaliśmy trzy muzea do odwiedzenia kolejnego dnia: morskie, niewolnictwa i Liverpoolu. Wszystkie znajdowały się w obrębie portu, a dwa pierwsze nawet w jednym budynku. Ich lokalizacja wydawała się idealna. Zgodnie z dobrą brytyjską tradycją wszystkie były darmowe. Co mogło pójść nie tak na cudownym bulwarze nad rzeką Mersey? Na szczęście nie były to zdjęcia!

Czytaj dalej Za dużo do zobaczenia! – Liverpool cz. II.

Też w Anglii i też na L, czyli Liverpool cz. I.

Jak każdy prawdziwy Polak, swoje pierwsze kroki w Liverpoolu skierowałam do Primarka. Tak miał się zaczynać ten wpis. W końcu co poza tym może być ciekawego w portowym, postindustrialnym mieście? W informacji na lotnisku poza zakupem biletów na autobus miejski (£2,3/szt., auć; pewnie dlatego jechaliśmy autobusem tylko 2 razy; liczne dwupiętrowce kursowały praktycznie puste) od razu poprosiłam miłego starszego pana, żeby się ze mnie bardzo nie śmiał i pokazał mi, gdzie znajdę swoją świątynię zakupów. I tym razem przed wyjazdem niewiele wiedziałam o mieście i dlatego przez chwilkę poczułam się zagubiona, gdy okazało się, że niepozorny Liverpool może pochwalić się ogromną dzielnicą handlową. I to idealnie usytuowaną – tuż przy dworcu autobusowym Liverpool One, który miał być naszym końcowym przystankiem.

Czytaj dalej Też w Anglii i też na L, czyli Liverpool cz. I.

Lourdes – sacrum czy profanum? – cz. III.

Obok Fatimy, Lourdes to chyba najbardziej znane na świecie chrześcijańskie sanktuarium. Sądziłam, że szczególnie w okresie Wielkanocy stanie się ono centrum chrześcijańskiego świata. Po części dlatego mój wyjazd był naznaczony strachem przed atakiem terrorystycznym. Nie chciałam brać udziału w żadnym obleganym nabożeństwie. Tłum katolików w jednym miejscu? Spełnienie marzeń terrorysty! Chyba nie ja jedna tak myślałam, bo przed wejściami do sanktuarium postawiono ogromne kamienne donice, uniemożliwiające wjazd samochodem na jego teren. Tomasz zdecydował się pójść w Wielki Piątek na Drogę Krzyżową – wzięło w niej udział znacznie mniej osób, niż się spodziewaliśmy. Przypadek?

Czytaj dalej Lourdes – sacrum czy profanum? – cz. III.

TGV, Tarbes i Pan Paw – dużo zdjęć – Francja, cz. II.

We Francji udało mi się spełnić jedno z moich marzeń, czyli przejazd TGV (te-że-we). Nic to, że do pokonania mieliśmy zaledwie 20 km na trasie Tarbes-Lourdes. Nieważne, że na tak krótkim dystansie ten słynący z szybkości pociąg w ogóle nie zdążył się rozpędzić i nasza podróż trwała właściwie odrobinkę dłużej niż zwykłym pociągiem. Nie szkodzi też, że nie mieliśmy nawet czasu, by docenić komfortowe wnętrze składu, bo po może 10 minutach musieliśmy już wstać z wygodnych miejsc, żeby nie przegapić stacji. Co tam, że zapłaciliśmy po 4€, czyli 2 razy więcej, niż kosztowałby autobus. Jechaliśmy TGV!

Czytaj dalej TGV, Tarbes i Pan Paw – dużo zdjęć – Francja, cz. II.

Vive la France et Tomasz!

Jakiś czas temu Tomasz kupił nowy aparat. Był z nami już na Cyprze, ale to z Francji mamy pierdylion zdjęć. I to nie byle jakich! Są najpiękniejsze na świecie i jestem z nich dumna jak paw. Pan Paw! A właściwie to z Tomasza. Teraz oprócz funkcji kierownika i organizatora naszych wycieczek, spełnia się jeszcze pełniej w roli fotografa. Sami zresztą zobaczcie… Dumny Pan Paw będzie gwiazdą kolejnego wpisu. A właściwie to chyba panowie Pawiowie, bo było ich kilku, a ja nie umiem ich niestety rozróżnić.

Czytaj dalej Vive la France et Tomasz!

Pożegnanie z Cyprem.

Cypr po raz kolejny pokazał nam, że mamy ogromne szczęście do hoteli. Constantiana Beach Hotel Apartments – bo tak nazywał się nasz -zlokalizowany był tuż przy Mackenzie Beach, czyli jednej z najpopularniejszych cypryjskich plaży. A ja pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest wyjątkowa na skalę światową. Znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie pasów startowych lotniska w Larnace. Dzięki temu mamy niepowtarzalną okazję obserwować startujące i lądujące samoloty, na naprawdę niedużej wysokości i w niezwykły otoczeniu.

Czytaj dalej Pożegnanie z Cyprem.

Koty, akwedukt i meczet, czyli Cypr – cz. III.

Słone jezioro w Larnace obeszliśmy prawie dookoła. Pierwszy, niespełna 4-kilometrowy spacer zaprowadził nas do Hala Sultan Tekke. Jest to meczet o bajkowym wyglądzie, jak z serii o Alladynie.

Czytaj dalej Koty, akwedukt i meczet, czyli Cypr – cz. III.

Nikozja – ostatnia podzielona stolica. Cypr – cz. II.

Lecąc na Cypr niechcący zafundowaliśmy sobie podwójną zmianę czasu o godzinę. W noc poprzedzającą nasz wyjazd przestawiliśmy zegarki do przodu pierwszy raz, a ponownie na Cyprze. Chociaż to tylko dwie godziny, to mnie doprowadziły do lekkiego rozstroju – o północy lokalnego czasu nadal byłam pełna energii, a rano wstając o 8, czułam się jakby była 6. A oto urocze zdjęcie, niemające żadnego związku z tekstem. Podobnie jak kilka innych w tym wpisie 🙂

Czytaj dalej Nikozja – ostatnia podzielona stolica. Cypr – cz. II.

Jak pachnie Cypr? – cz. I

Cypr, jak żadne inne miejsce do tej pory, odbierałam w dużej mierze za pośrednictwem zapachów. Nie wszystkie były przyjemne. Pierwszego wieczora zdecydowaliśmy się na 4-kilometrowy spacer z lotniska do hotelu. Przechodziliśmy między innymi koło słynnego słonego jeziora w Larnace, które miało być domem flamingów. Właściwie było, z tym, że wysychająca woda i pewnie tłumy turystów w sezonie zmusiły ptaki do przebywania jakieś 100 metrów od brzegu – tego dostępnego dla nas.

Czytaj dalej Jak pachnie Cypr? – cz. I

Ostatni spacer po Malcie – czego już nie zobaczymy?

Są miejsca na Malcie, których nie zdążyliśmy odwiedzić, ale na pewno jeszcze to zrobimy. Są też niestety takie, których już nigdy nie zobaczymy. Obiecywaliśmy sobie, że przy następnej podróży na pewno popłyniemy na sąsiednią wysepkę – Gozo. Teraz nie było to naszym priorytetem – sądziliśmy, że nie mamy na to czasu. Poza tym, uwierzyłam Tomaszowi na słowo, że płynie się tam z portu oddalonego od naszego hotelu o jakieś 15 km. 15 km maltańskim autobusem? Nigdy!

(źródło)

Czytaj dalej Ostatni spacer po Malcie – czego już nie zobaczymy?